wtorek, 9 czerwca 2020

Premiera nowej powieści "Ari"



Powrót. 

Po dwóch latach znów wracam na rynek wydawniczy.  3-2-1 dadaaa, entuzjazm i wyciągam megafon: „Ludziska, kupujcie moją nową powieść, nie czytajcie jakiegoś chłamu, moja książka jest najlepsza, najseksowniejsza, najmądrzejsza, najbardziejpotencjalnobestselerowa, po prostu najnajnaj!!!”. 
Szczerze? Nie chce mi się mówić. Mój optymizm po „Annie May” umarł  dawno temu. Opublikowałam przecież parę książek i wiem, jak to działa. Kiedyś wydawało mi się, że napisanie książki coś znaczy, w końcu nie każdy jest na tyle wytrwały i pomysłowy, aby siedzieć po nocach i stukać w klawisze komputera, skoro można robić tyle ciekawszych rzeczy nocą.  Cóż, pomyliłam się, ludzie są zaskakujący i niesamowici. Rynek wydawniczy pokazuje, że absolutnie każdy może napisać książkę, co więcej wydać ją przez wydawnictwo lub własnym sumptem. Self publishing kwitnie, dobrze i... dobrze, chociaż nie wiadomo już co czytać. 
Po zażyciu sporej dawki kiepskich powieści współczesnej „literatury” , którą nazwałabym raczej zadrukowanym papierem, wróciłam do klasyków. Stwierdziłam, że skoro życie współczesnej powieści jest jak życie motyla, trzeba czytać to co przeszło próbę czasu. Nie mogę ryć sobie mózgu tanimi orgazmami – jak ryć sobie mózg, to orgazmami najwyższej klasy-ki ;P . Sięgnęłam zatem po „Buszującego w zbożu”… akurat był pod ręką.  Najgorsze, co moje astygmatyczne oczy próbowały dotąd przeczytać. A to książka w czołówce klasyki amerykańskiej. Nic nie rozumiem, może ja po prostu jestem zdegustowana życiem?
To wszystko razem doprowadziło mnie do załamania nerwowego i skłoniło do ucieczki w farby, nocne wąchanie terpentyny i popijanie whisky. I jak to piszę, myślę „hej, kupię sobie temomiksa i będę się obżerać babeczkami”. 
Życie mnie ostatnio trochę zaskoczyło, wirus najmniej. Nie jestem tą samą Agnieszką Opolską. Zaczęłam oglądać kreskówki i stałam się wierną fanką serialu „Rick i Morty”. Postanowiłam zostać boginią i wrócić na ścieżkę pierwotnej więzi z naturą. Zostałam naturystką i kupiłam namiot. Wyjeżdżam w dzicz smażyć kiełbasę na ognisku już w najbliższy weekend. 


A co do książki „Ari” – ja wam nie będę mówić, co czytać. Książkę napisałam w dwóch tomach i samo pisanie było niezwykle satysfakcjonujące. Jedna osoba jest na pewno zadowolona JA. 


Ps. Fotografie uwieczniające moje nastroje Adam Demkow.  Chwalmy obiektyw i filtr kontrastujący jak i  samego fotografa. 






3 komentarze:

  1. po primo...chcem tę książkę a po drugie primo...bądź po prostu sobą - podziwiam talent i Twoje lekkie pióro / w przenośni skoro na kompie pisane/ i błędy robię specjalnie -żeby nie było ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja też chcę tą książkę. Pozdrawiam Cię Aga

    OdpowiedzUsuń