niedziela, 16 lipca 2017

Ian McEwan "W skorupce orzecha"


Zacznę od tego, że napisał tę książkę człowiek, który jest uznany za najwybitniejszego współcześnie pisarza brytyjskiego.

Kiedy widzę słowo "najwybitniejszy", miękną mi kolana.  Biorę książkę do mej niegodnej ręki...
A raczej tylko czytnik. Od razu mi lepiej, nikt nie nazwie mnie potworem, bo nie da się tu zagiąć rogu.

McEwan napisał m.in.: Amsterdam, Pokuta, Dziecko w czasie, Niewinni...
Dorobek imponujący i dlatego  WARTO sięgnąć  po tego najwybitniejszego pisarza, żeby wyrobić sobie zdanie o jego wybitności.

W skorupce orzecha to pierwsze moje zetknięcie z McEwanem. Zetknięcie nie rozczarowujące, ale też nie powalające na kolana.

Interesująca jest narracja prowadzona z perspektywy dziecka w łonie matki. Za to fabuła bez fajerwerków, zbyt zawyczajana dla ludzi poszukujących mocniejszych doznań. Chociaż jest tam wszystko: sex, morderstwo, alkohol, zdrada... Tylko tyle i aż tyle. Autor jest naprawdę sprawnym pisarzem, momentami udawało mu się przykuć mnie do czytnika.

McEwan zwany jest też "Ianem Macabra", ale ta powieść makabryczna raczej nie jest...

Książka przypomnała dramat teatralny. Akcja dzieje się w jednym miejscu, w starej, londyńskiej kamienicy. Główni bohaterowie dramatu to: dziecko w łonie matki, matka, kochanek i mąż. Dodajmy do tego zbrodnię i książka gotowa :)

Mimo prostej fabuły bez wielkich zaskoczeń, powieść ma w sobie drugie dno. Nie jest to tylko historia o zabójstwie i zdradzie, ale o współczesnym świecie w ogóle, o zachłanności, o próżności.

W skorupce orzecha to powieść niezbyt obszerna. Książkę można łyknąć w jeden wieczór.

Sami zdecydujcie, opnie są różne... niektórych pewnie książka znudzi innych zachwyci.  Zwolennikom lietratury "czytadło na wakacje" mówię, znajdzie coś przyjemniejszego.





czwartek, 23 marca 2017

Buntowniczka z wyboru

O tym dlaczego wypięłam się na rynek wydawniczy.
Jak zostałam buntowniczką wyboru w świecie książkowego imperium






Niektórzy moją decyzję o założeniu swojego wydawnictwa uznają za skrajny akt odwagi, inni za samobójstwo, a jeszcze inni za desperację (tych kocham najbardziej).

Droga po sukces. Czyli do odważnych świat należy

Zawsze wychodziłam z założenia, że im więcej chcesz od życia, tym więcej od niego dostaniesz. Zasada spadania z dużej wysokości też się w to wpisuje, tak jak i rada zabezpieczenia pośladków poduszeczkami.
Jak lecieć to wysoko, szybować w przestworzach i uczyć się nowych rzeczy. A może spadając, nauczymy się latać?
Wydałam swoją książkę sama, bo wierzę w to, co robię i wierzę, że jeśli moja książka jest dobra, to obroni się w gąszczu propozycji wydawniczych (tysiąca nowości polskich i zagranicznych autorów). Poza tym po prostu nie zgadzam się na warunki, jakie są stawiane autorowi. Ci, którzy piszą i wydają swoją książkę, wiedzą, o czym mówię.
Po sukcesie Anny May, Literackiego Debiutu Roku 2015, miałam nadzieję na karierą pisarską z przytupem. Ale chyba za bardzo zapatrzyłam się w wynagrodzenia pisarzy amerykańskich, którzy po udanym debiucie mogli kupić sobie jacht, bujać się przez kilka lat na tantiemach i pisać swoją nową powieść w Meksyku :D. To jednak nie zadziałało, przynajmniej nie u mnie. Nie zarobiłam milionów, ku memu wielkiemu rozczarowaniu nie kupiłam jachtu ;D i nie pojechałam do Meksyku pisać nowej powieści, ale nadal mam chęć pisania i niespożytą energię uczenia się latania.
Tym samym postanowiłam pominąć wszystkie znane drogi i, mimo propozycji wydawniczych, zdecydowałam się wydać moją książkę samodzielnie, zakładając swoje wydawnictwo „OPOLSKA”.

Plusy i minusy



Piszący wie, że książka to cud, jaki rodzi się w głowie autora. To przelanie na papier jego duszy we wszystkich odcieniach. Więc możecie sobie wyobrazić rozczarowanie pisarza, który otrzymuje „propozycję” okładki do swojej książki i nie ma na nią wpływu. Widzi wielkość liter w swojej książce i uważa, że są za małe dla osób słabo widzących, ale nie może nic zrobić, bo książka kosztowałaby za dużo… To tylko niektóre spośród wielu ustępstw, na które autor musi pójść, bo to wydawnictwo dyktuje warunki. „Na twoje miejsce mamy  kilku chętnych autorów, którzy z pocałowaniem ręki zgodzą się na wszystko”.
I niestety tak to wygląda. Jest wiele osób piszących, którzy wylewają swą duszę na papier i marzą o tym, by tylko zostać wydanym, nawet z oddaniem większości praw do swojego dzieła, zupełnie za darmo lub za pieniądze, o których wstyd mówić.
Ja, jeszcze zanim podjęłam ostateczną decyzję, próbowałam negocjacji. Chciałam więcej niż przeciętny autor, chciałam sprawiedliwego podziału, nie 10 – 12% od sprzedaży detalicznej (kwoty, za jaką wydawnictwo sprzedaje książkę pośrednikom, czyli 3 razy mniejszą, niż cena okładkowa), chciałam prawa do wyboru. I wiecie co? Figa z makiem. „Mamy wielu autorów, bla, bla, bla…”. I mieli rację :) Dziś mogę tylko podziękować wszystkim, którzy pokazali mi faka :) Jesteście cudowni!

Kasa, kasiora, hajs, czyli ile zarabia pisarz?

Autor wydający w Polsce zarabia na swojej książce maksymalnie 10 – 15%, i to zwykle ceny nie okładkowej. W innych krajach ta kwota wacha się w okolicach 20%. Przy self-publishmencie 100% minus koszty (a tych jest sporo, żeby nie było za pięknie).

Buntuje się, buntuję się

Czy wiecie, że można kupić sobie besteller? Moim największym rozczarowaniem, albo naiwnością, było odkrycie że wszystko jest na sprzedaż (oj Aga, Aga, taka jesteś duża…). Czy wiecie, że półki w księgarni są na sprzedaż? Półka „top 10”, czyli „bestseller”, kosztuje jakieś dwa kawałki, podobnie pozycjonowanie książek w przestrzeni księgarni. Uważam że społeczeństwo powinno wiedzieć takie rzeczy, bo kłamstwo jakie nas otacza, jest porażające, nie tylko w polityce. Zawsze świat książek wydawał mi się na swój sposób święty, to cecha naiwnej wielbicielki :) Nagłe odkrycie, że to, co kocham, jest poddane obłudzie rynkowej, złamało mi serce.
Mojej Róży nie znajdziecie w księgarni, bo nie zapłacę za półkę „top 10”. NIGDY! A jak ją księgarz schowa pod stertę innych książek i tak jej nikt nie zauważy i nie kupi.

Samobójstwo?

Nieee.

Autonomia

Tak! Kocham decydować o swojej duszy. Dlatego zanim wydałam Różę, odwiedziłam drukarnię „ABBEDIK” w Poznaniu, obejrzałam wszystkie ich propozycje i z pieczołowitością dobrałam okładkę, która nie była ani miękka, ani twarda, matowa, a lakier znajdował się tylko w niektórych miejscach. Taka zabawa to już zakrawa na bibliofilię. Ale uwierzcie – gdy dostałam do ręki Różę, miałam mokro majtkach.
Sam projekt okładki to ciężka praca krakowskiej graficzki, od której dostałam z dwadzieścia propozycji.
Wielkość liter w książce to moja mania dostępności książki dla każdego czytelnika. Wiem, że w bibliotekach czytelniczkami są przeważnie starsi, którzy nierzadko słabo widzą. Sama lubię czytać komfortowo.
Książka zawiera ilustracje, które sama wybrałam i umieściłam w tekście. Róża musiała być piękna.

Czy to jej się opłaca, czy bycie buntownikiem to kolejna fanaberia Agnieszki Opolskiej?
Jeśli jesteście tego ciekawi, musicie poczekać, aż podliczę to wszystko i będę wiedziała, czy to strzał w stopę, czy wystrzał szampana :D
Jednego jestem pewna – nudów nie mam :D








PS Jeśli ktoś ma ochotę zadać pytanie, chętnie odpowiem :)